piątek, 22 kwietnia 2011

Zemsta konfesjonału

Do kościoła chadzam rzadko – to fakt. Różne mam ku temu powody, o których może innym razem (albo i nie). Kiedy jednak naszła mnie ochota, żeby z grzesznicy choć raz w roku w czasie Wielkanocnym zamienić się w … no może nie anioła, ale przynajmniej statystycznego katolika, okazało się, że nie jest to takie proste… Moja chęć obejścia Triduum Paschalnego spełzła na niczym.

W środę, a więc dzień przed Wielkim Czwartkiem, zapałałam chęcią wyspowiadania się. Wiadomo – statystyczny (młody) katolik informacji na temat spowiedzi szuka w Internecie. Znalazłam! W Wielki Czwartek od godziny 11stej spowiedź miała mieć miejsce w Kościele Farnym. Owego dnia zatem (po wszelkich żalach i innych mocnych postanowieniach) wyruszyłam do tegoż kościoła. Moje źródło informacji nie zawiodło mnie, bo oto moim oczom ukazały się dwie dłuuugie kolejki do dwóch konfesjonałów po przeciwległych stronach kościoła. Stanęłam zatem (co oczywiste) w tej krótszej – po lewej stronie. Była 11.30 (a więc spowiedź zaczęła się pół godziny wcześniej), a przede mną stało jakieś 15-20 osób, przez co (mówiąc szczerze), mój zapał osłabł, ale postanowiłam tak łatwo nie rezygnować...

Stałam tak dobre 15 minut z coraz większym niepokojem, ponieważ moja kolejka w ogóle się nie przesuwała, podczas gdy ta po drugiej stronie kościoła szła dosyć sprawnie. Cóż, Wielki Tydzień – pomyślałam – jakiś ksiądz sumiennie spowiada… Było już pięć po dwunastej, kiedy jakieś dziewczyna, stojąca za mną, ominęła całą naszą kolejkę i zajrzała do konfesjonału. Okazało się, że jest pusty! Dziewczyna, ja i klika osób za mną zaczęła się (oczywiście cicho – jak przystało w kościele) denerwować… O dziwo, te 20 osób przede mną doskonale wiedziało o tym, że w konfesjonale nie ma księdza, ale wierzyło w prawdziwość słów kartki na konfesjonale, która głosiła „spowiedź codziennie w godz.12-18”. Ludzie po prostu wcześniej ustawili się w kolejce… i to podczas gdy po drugiej stronie jakiś ksiądz już spowiadał!... Przez kilka minut dzielnie stałam w kolejce, wierząc (jak zaleca mi mój mąż) w słuszność informacji pisanej i mając ogromną nadzieję, że jakiś duchowny po prostu się spóźnia…

Tymczasem po drugiej stronie kościoła faktycznie pojawił się drugi ksiądz i zajął inny konfesjonał. Kilka osób od nas rzuciło się czym prędzej do pustego konfesjonału, ale – nie tak prędko! Ktoś z pierwotnej kolejki po prawej stronie zarządził, sprawiedliwie niczym Salomon, że od tej chwili do obu konfesjonałów obowiązuje jedna kolejka. Mnie, stojącej po lewej stronie kościoła, za którą widocznie księża nie przepadali, powoli zaczęła gotować się krew… która zawrzała, kiedy nagle jeden z „prawostronnych” księży opuścił swój konfesjonał, podszedł do naszej kolejki i oznajmił, że w konfesjonale, do którego czekamy, nie będzie dziś spowiedzi. Tak po prostu. Nie ważne, że kartka głosi inaczej, nie ważne, że właśnie przy nim stali ludzie, kiedy pojawił się drugi ksiądz i od niechcenia zajął inny konfesjonał. Jak w jakimś cholernym hipermarkecie, kiedy stajesz do pechowej kasy! Nie muszę chyba pisać co zrobiłam? (Gdybym mogła, trzasnęłabym drzwiami!).



Zemsta tradycji

A dziś zemściła się na mnie tradycja w postaci nieudanych pisanek. Parafina to jednak nie to samo, co wosk pszczeli, a barwniki za złotówkę tak pofarbowały mi skórę, że strach pokazać się jutro w kościele (o ile tam w ogóle dotrę…).


Wnioski:
  1. Nie podążać za tłumem nawet w kościele!
  2. Przed pierwszym samodzielnym zrobieniem pisanek zapytać mamę, jak to się robi.
  3. Sprawdzić, na czym polega bycie statystycznym katolikiem.



… chillout.

1 komentarz:

  1. Hm, ja dotarłam do myśli, że chyba już nawet nie chcę być takim statystycznym katolikiem....
    Mierzi mnie sama myśl spowiadania się obcej osobie ze swoich mniejszych czy większych grzechów - nie ważne jakich, po prostu sam fakt wydaje mi się jakoś perwersyjny. Jak to? Dlaczego? Po co i na co? Natrętnie w głowie kręci mi się myśli - że to jedynie sprytne narzędzie z zaszłości do trzymania za mordę. Nigdy nie zapomnę upokorzenia spowiedzi przed ślubem. Koszmar - wielki, spasiony ksiądz, nic nie wiedzący o życiu z drugim człowiekiem oceniał moje poczynania jakby miał do tego absolutne prawo. Jakby był wyrocznią tego co moralne i prawe. A życie to przecież życie! Ze wszystkimi grzeszkami i innymi zakrętami losu.
    Dlatego też z rozbawieniem przeczytałam jak ta historia się skończyła :) Nie napiszę przecież - tak trzymaj... ale napiszę, że jak najbardziej rozumiem :) W.W.

    OdpowiedzUsuń