Złoszczenie się na ukochaną osobę przynosi właściwie jedynie ból nam samym. Trudo czasem być mistrzem cierpliwości.
Wydawało mi się, że mam tak niewiele do napisania – nawet nie byłam pewna, czy jest większy sens w rozpoczynaniu tego bloga. Tymczasem od wczoraj kołata mi się tyle myśli po głowie, że właśnie ze względu na ich ilość, nie wiem od czego zacząć.
Nasz rynek pracy jest przesycony takimi „specjalistami” jak ja. Poza tym niż demograficzny sprawia, że nauczycieli się zwalnia, a nie zatrudnia. Znalezienie pracy jako polonista byłoby jak wygrana w totka. Będę próbować, ale nawet się nie łudzę. Dlatego tymczasem szukam pracy jakiejkolwiek. Posprzątać komuś dom przed Świętami? Czemu nie?
Moje ambicje podczas „aktu rzucania pracy” (bo to nie było takie sobie po prostu rzucenie pracy) sięgały bardzo wysoko. Założenie własnej działalności gospodarczej. Tak, to jest moje marzenie. Niestety bez wkładu własnego nawet dofinansowanie z UP czy EU nie wystarczy. Chyba, że wymyślę coś, co pozwoli mi pracować w domu, bez wynajmowania lokalu usługowego czy handlowego. Wtedy trzeba napisać bardzo dobry projekt i liczyć na przychylność oceniających urzędników. Żaden z pomysłów, które miałam, na razie nie kwalifikuje się jako „pewniak”. W związku z tym (i w związku z całym światem, który nieustannie staje na drodze do spełnienia, satysfakcji i tak łatwo nie pozwala na osiągnięcie celu, i w związku z wieloma trudnościami urzędniczymi, które będę musiała pokonać, żeby rozpocząć taką działalność, i w związku z tym, że chce postąpić ostrożnie, a więc odpowiedzialnie) postanowiłam znaleźć pracę, a potem myśleć nad własnym biznesem i to takim, który wart będzie wszelkich trudów.
Rynek pracy jest błędnym kołem. Moje pokolenie wpadło w to koło zupełnie bezwolnie, nikt nas o to nie zapytał. Kończymy studia wyższe i nie ma dla nas pracy w zawodzie. Szukamy więc pracy poniżej naszych kwalifikacji, a tam nikt nie chce nas zatrudnić, argumentując to tym, że jak tylko znajdziemy pracę w zawodzie, to zaraz uciekniemy. Z drugiej strony osoby bez jakichkolwiek kwalifikacji wysyłają swoje CV do miejsc, gdzie nikt nawet nie zwróci na nich uwagi, pretendując na wyższe stanowisko, niż sugerowałoby to ich zawodowe wykształcenie (wiem, że tak jest, bo w porzuconej pracy sama zajmowałam się przyjmowaniem CV). Operując określeniami „wyższe stanowisko” czy „bez kwalifikacji” nie mam na celu oceniania czy obrażania kogokolwiek. Każdy ma prawo aplikować o pracę gdziekolwiek chce. Boli mnie po prostu fakt, że żyjemy w systemie, który tak naprawdę nie jest systemem, nie pomaga obywatelowi w zrealizowaniu tak prostej ścieżki, jaką wydaje się schemat: licemu/technikum/zawodówka – sesje z doradcą zawodowym/testy psychologiczne – wybór właściwych studiów/szkolenia/kursu – praca w wyuczonym zawodzie lub (jeśli ktoś woli) robienie czegokolwiek innego bez przeszkód. Tu panuje jakiś wieczny karnawał przepisów-srisów i obsiuranych marzeń. Porażka – jakby powiedział największy cynik, jakiego znam.
Świetnie ujmujesz myśli w słowa. Masz lekkie pióro i niecodzienny zestaw słów i określeń. Podoba mi się, to co robisz i będę częściej tu zaglądać. Jak znam siebie, pozwolę sobie nawet na komentarze :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, głowa do góry!
Wszystko się ułoży. No jak to, Wam by się nie ułożyło? W.W.