piątek, 29 kwietnia 2011

Takie coś...

(Pierwotnie miało być na bloga, ale że na koniec rym pasował, więc najpierw dodałam na fb.)




Kiedy polonista niepraktykującym jest (Lament)


Nie wiem już, kędy Kochanowski chadzał,
Nie wiem, kogo Wajda w rolach obsadzał…
I kim jest Dante niedługo zapomnę
I kto opiewał Marylę nie wspomnę…

O wy wszystkie poetyki i woki!
Wszystkie historie i inne wywłoki!
Hlp-y cholerne, filozofie butne,
Przez Was to dzisiaj dole moje smutne!

Za młodu i głupia studia wybrałam,
Więc takiż to sobie los zgotowałam:
Bez serc, bez ducha, że nudy na pudy!
Mądrości, stuknij w ten łeb złotorudy!

I wyrwij z niego starych mrzonek skrawki,
Nie dawaj już czuć tej zielonej trawki.
Przyjdźże Natchniuzo, przyjdźże ma kochana,
Jak przychodziłaś kędyś do Adama…

Pomóż wymyślić interes intratny
I do zawodu mego adekwatny.
(W tej strofie rymy miały być wręcz boskie,
Niestety znam już tylko częstochowskie!)

Zawodzi idea, pracy w szkole brak,
Dłużej już (no kurde!) nie pociągnę tak!
Nie dane mi nieść oświaty kaganka,
(yyy… pójdę pozbierać kwiatki do wianka??...)

Bredzę już jak Raskolnikow z rozpaczy…
Niedługo skończę chyba jak Witkacy!
Lamentu mego dziś nikt nie wysłucha,
Tobie więc, Fejsbuku, szepczę go do ucha…








piątek, 22 kwietnia 2011

Zemsta konfesjonału

Do kościoła chadzam rzadko – to fakt. Różne mam ku temu powody, o których może innym razem (albo i nie). Kiedy jednak naszła mnie ochota, żeby z grzesznicy choć raz w roku w czasie Wielkanocnym zamienić się w … no może nie anioła, ale przynajmniej statystycznego katolika, okazało się, że nie jest to takie proste… Moja chęć obejścia Triduum Paschalnego spełzła na niczym.

W środę, a więc dzień przed Wielkim Czwartkiem, zapałałam chęcią wyspowiadania się. Wiadomo – statystyczny (młody) katolik informacji na temat spowiedzi szuka w Internecie. Znalazłam! W Wielki Czwartek od godziny 11stej spowiedź miała mieć miejsce w Kościele Farnym. Owego dnia zatem (po wszelkich żalach i innych mocnych postanowieniach) wyruszyłam do tegoż kościoła. Moje źródło informacji nie zawiodło mnie, bo oto moim oczom ukazały się dwie dłuuugie kolejki do dwóch konfesjonałów po przeciwległych stronach kościoła. Stanęłam zatem (co oczywiste) w tej krótszej – po lewej stronie. Była 11.30 (a więc spowiedź zaczęła się pół godziny wcześniej), a przede mną stało jakieś 15-20 osób, przez co (mówiąc szczerze), mój zapał osłabł, ale postanowiłam tak łatwo nie rezygnować...

Stałam tak dobre 15 minut z coraz większym niepokojem, ponieważ moja kolejka w ogóle się nie przesuwała, podczas gdy ta po drugiej stronie kościoła szła dosyć sprawnie. Cóż, Wielki Tydzień – pomyślałam – jakiś ksiądz sumiennie spowiada… Było już pięć po dwunastej, kiedy jakieś dziewczyna, stojąca za mną, ominęła całą naszą kolejkę i zajrzała do konfesjonału. Okazało się, że jest pusty! Dziewczyna, ja i klika osób za mną zaczęła się (oczywiście cicho – jak przystało w kościele) denerwować… O dziwo, te 20 osób przede mną doskonale wiedziało o tym, że w konfesjonale nie ma księdza, ale wierzyło w prawdziwość słów kartki na konfesjonale, która głosiła „spowiedź codziennie w godz.12-18”. Ludzie po prostu wcześniej ustawili się w kolejce… i to podczas gdy po drugiej stronie jakiś ksiądz już spowiadał!... Przez kilka minut dzielnie stałam w kolejce, wierząc (jak zaleca mi mój mąż) w słuszność informacji pisanej i mając ogromną nadzieję, że jakiś duchowny po prostu się spóźnia…

Tymczasem po drugiej stronie kościoła faktycznie pojawił się drugi ksiądz i zajął inny konfesjonał. Kilka osób od nas rzuciło się czym prędzej do pustego konfesjonału, ale – nie tak prędko! Ktoś z pierwotnej kolejki po prawej stronie zarządził, sprawiedliwie niczym Salomon, że od tej chwili do obu konfesjonałów obowiązuje jedna kolejka. Mnie, stojącej po lewej stronie kościoła, za którą widocznie księża nie przepadali, powoli zaczęła gotować się krew… która zawrzała, kiedy nagle jeden z „prawostronnych” księży opuścił swój konfesjonał, podszedł do naszej kolejki i oznajmił, że w konfesjonale, do którego czekamy, nie będzie dziś spowiedzi. Tak po prostu. Nie ważne, że kartka głosi inaczej, nie ważne, że właśnie przy nim stali ludzie, kiedy pojawił się drugi ksiądz i od niechcenia zajął inny konfesjonał. Jak w jakimś cholernym hipermarkecie, kiedy stajesz do pechowej kasy! Nie muszę chyba pisać co zrobiłam? (Gdybym mogła, trzasnęłabym drzwiami!).



Zemsta tradycji

A dziś zemściła się na mnie tradycja w postaci nieudanych pisanek. Parafina to jednak nie to samo, co wosk pszczeli, a barwniki za złotówkę tak pofarbowały mi skórę, że strach pokazać się jutro w kościele (o ile tam w ogóle dotrę…).


Wnioski:
  1. Nie podążać za tłumem nawet w kościele!
  2. Przed pierwszym samodzielnym zrobieniem pisanek zapytać mamę, jak to się robi.
  3. Sprawdzić, na czym polega bycie statystycznym katolikiem.



… chillout.

środa, 20 kwietnia 2011

...

Czasem zastanawiam się, jak to się stało, że jego przyjaciele stali się moimi przyjaciółmi? Na pewno nie wynika to tylko z tego, że moje dziewczyny są daleko i rozmawiamy rzadko albo wcale... (Tęsknię za nimi...!). Ludzie przyciągają. Oni przyciągnęli mnie swoimi temperamentami, optymizmem, inteligencją i ciepłem… Z taką ekipą nawet najbardziej „obsiurany” wyjazd jest wspaniałym przeżyciem. A co mówić, kiedy ten był przewspaniały!... Nadajemy na Naszej Częstotliwości.

Źle jest bez pracy. Mam jakiś niedosyt, czuję, że tracę czas. Chociaż robię mnóstwo rzeczy i dzień mija szybko… Wizyty u cioci w szpitalu, jakieś zakupy, spotkania z ludźmi, wyjazdy, przedświąteczne sprzątanie… Nieustanne przeglądanie ogłoszeń, pisanie listów motywacyjnych… Czuję, że wkrótce zrodzi się moja panika i wpadnę w wielki czarny dół. Cholerne bezsensowne wykształcenie, cholerne ambicje, cholerny rynek pracy…

Przeglądałam inne blogi. Niektóre dotyczą różnych robótek ręcznych. Marzy mi się, żeby nauczyć się czegoś praktycznego, żeby zająć ręce, zająć myśli, zająć siebie.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Tytuł-srytuł

Złoszczenie się na ukochaną osobę przynosi właściwie jedynie ból nam samym. Trudo czasem być mistrzem cierpliwości.

Wydawało mi się, że mam tak niewiele do napisania – nawet nie byłam pewna, czy jest większy sens w rozpoczynaniu tego bloga. Tymczasem od wczoraj kołata mi się tyle myśli po głowie, że właśnie ze względu na ich ilość, nie wiem od czego zacząć.

Nasz rynek pracy jest przesycony takimi „specjalistami” jak ja. Poza tym niż demograficzny sprawia, że nauczycieli się zwalnia, a nie zatrudnia. Znalezienie pracy jako polonista byłoby jak wygrana w totka. Będę próbować, ale nawet się nie łudzę. Dlatego tymczasem szukam pracy jakiejkolwiek. Posprzątać komuś dom przed Świętami? Czemu nie?

Moje ambicje podczas „aktu rzucania pracy” (bo to nie było takie sobie po prostu rzucenie pracy) sięgały bardzo wysoko. Założenie własnej działalności gospodarczej. Tak, to jest moje marzenie. Niestety bez wkładu własnego nawet dofinansowanie z UP czy EU nie wystarczy. Chyba, że wymyślę coś, co pozwoli mi pracować w domu, bez wynajmowania lokalu usługowego czy handlowego. Wtedy trzeba napisać bardzo dobry projekt i liczyć na przychylność oceniających urzędników. Żaden z pomysłów, które miałam, na razie nie kwalifikuje się jako „pewniak”. W związku z tym (i w związku z całym światem, który nieustannie staje na drodze do spełnienia, satysfakcji i tak łatwo nie pozwala na osiągnięcie celu, i w związku z wieloma trudnościami urzędniczymi, które będę musiała pokonać, żeby rozpocząć taką działalność, i w związku z tym, że chce postąpić ostrożnie, a więc odpowiedzialnie) postanowiłam znaleźć pracę, a potem myśleć nad własnym biznesem i to takim, który wart będzie wszelkich trudów.

Rynek pracy jest błędnym kołem. Moje pokolenie wpadło w to koło zupełnie bezwolnie, nikt nas o to nie zapytał. Kończymy studia wyższe i nie ma dla nas pracy w zawodzie. Szukamy więc pracy poniżej naszych kwalifikacji, a tam nikt nie chce nas zatrudnić, argumentując to tym, że jak tylko znajdziemy pracę w zawodzie, to zaraz uciekniemy. Z drugiej strony osoby bez jakichkolwiek kwalifikacji wysyłają swoje CV do miejsc, gdzie nikt nawet nie zwróci na nich uwagi, pretendując na wyższe stanowisko, niż sugerowałoby to ich zawodowe wykształcenie (wiem, że tak jest, bo w porzuconej pracy sama zajmowałam się przyjmowaniem CV). Operując określeniami „wyższe stanowisko” czy „bez kwalifikacji” nie mam na celu oceniania czy obrażania kogokolwiek. Każdy ma prawo aplikować o pracę gdziekolwiek chce. Boli mnie po prostu fakt, że żyjemy w systemie, który tak naprawdę nie jest systemem, nie pomaga obywatelowi w zrealizowaniu tak prostej ścieżki, jaką wydaje się schemat: licemu/technikum/zawodówka – sesje z doradcą zawodowym/testy psychologiczne – wybór właściwych studiów/szkolenia/kursu – praca w wyuczonym zawodzie lub (jeśli ktoś woli) robienie czegokolwiek innego bez przeszkód. Tu panuje jakiś wieczny karnawał przepisów-srisów i obsiuranych marzeń. Porażka – jakby powiedział największy cynik, jakiego znam. 

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Dlaczego "szukam"?

Zawsze wydawało mi się, że mam ustalony jakiś system wartości, którymi kieruję się w życiu. Uczciwość, wrażliwość, pracowitość… Dziwny zbieg wydarzeń i emocji, który miał miejsce ostatnio w moim życiu, kopnął mnie nagle w czoło jak jakaś koza z BSE. Uczciwość? Przecież oszukiwałam na każdym kroku sama siebie, wmawiając sobie, że to, co robię, mi odpowiada. Okłamuję się ciągle, że zapomniałam o przeszłości i radzę sobie z wiecznym poczuciem winy za coś, co zrobił ktoś inny. Wrażliwość? Moją wrażliwość można nazwać momentami histerycznym strachem przed światem i ciągła paniką, że coś mi się nie uda. Pracowitość? Owszem, ale taka, która przekłada się na to, że zaangażuję się bez słowa sprzeciwu nawet w wywożenie gnoju… Mój konformizm zaczął mnie dobijać, a kiedy postanowiłam z nim zawalczyć, podejmując dość radykalną decyzję, okazało się, że jestem też nie do końca odpowiedzialna. Decyzja była na pewno słuszna, ale być może źle przeprowadzona.

Rzuciłam pracę. Z dnia na dzień. Ponieważ praca była poniżej moich kwalifikacji. Ponieważ dość już miałam egoistycznej i aroganckiej szefowej, która zachowywała się jakby miała ADHD połączone z ostrą nerwicą, nie szanowała ogromu mojej pracy, była dwulicowa i zależało jej tylko na pieniądzach. Ponieważ miałam już dość szefa, który był przeciwieństwem swojej żony pod względem temperamentu: powolnego, przesadnie metaforycznego pseudofilozofa, którego działania zmierzające do zintegrowania zespołu, przynosiły odwrotny skutek i który na koniec okazał się żałosnym mężczyzną w momencie andropauzy. Ponieważ wynagrodzenie za pracę było nieproporcjonalne do mojego zaangażowania. Ponieważ zdałam sobie sprawę, że nie chcę obudzić się za kilka lat z poczuciem totalnego niespełnienia i żalu do samej siebie, że nie zrobiłam nic w kierunku własnego rozwoju. Ponieważ żyję w kraju, w którym szkolnictwo nie przygotowuje do wybrania odpowiedniego dla siebie zawodu dostosowanego do potrzeb rynku pracy, co sprawiło, że dyplom ukończenia studiów wyższych mogę spalić oficjalnie przed wydziałem w ramach zakomunikowania światu o jego bezwartościowości. Ponieważ przy wyborze studiów kierowałam się swoją jedyną „pasją” (zbyt wielkie słowo!), jaką była literatura. Ponieważ zrozumiałam, że nie mam żadnej prawdziwej pasji, żadnego „fachu w rękach” (może oprócz sprzątania i gotowania, jednakowoż jest to fach przydzielony mi niejako przez patriarchalne społeczeństwo, którego częścią, chcąc nie chcąc, jestem; co znowuż nie znaczy, że tego nie lubię). Ponieważ postanowiłam to naprawić chociaż w minimalnym stopniu. Poszukać swojego wewnętrznego talentu, który dobry Bóg dał ponoć każdemu. A że talent nie zawsze bywa widoczny i oczywisty, wierzę, że mój śpi gdzieś głęboko we mnie, samotny i przestraszony, że już nigdy go nie znajdę.

Obudź się, Pasjo, idę Cię szukać.