wtorek, 28 lutego 2012

Co ja siedzę?

Szukam, szukam, ciągle próbuję się odnaleźć...

Czasem próbuję też swoich sił w technice Decoupage. Pierwsze prace, jakie tym sposobem wykonałam, to były bombki choinkowe, które podarowałam przyjaciołom i znajomym.

Ciągle coś mi nie wychodzi, często denerwuje, bo jednak nie jestem urodzonym artystą i wszystko muszę wypracować. Jednak dekupaż potrafi sprawić frajdę, kiedy jakiś zamysł przeradza się w realną rzecz. Lubię też niespieszne wykonywanie kolejnych etapów. Ta technika nie lubi pośpiechu, jedną pracę można (czasem nawet trzeba) robić kilka dni. W sam raz coś dla mnie.

A to jedna z moich pierwszych prób dekupażowych pt. "Co ja siedzę?" :) Od jakiegoś czasu ta butelka stara się przyozdabiać parapet mojej przyjaciółki Agi. Tutaj jeszcze na moim parapecie.

piątek, 10 lutego 2012

Ćwierćfeministka

Czasem telewizja śniadaniowa potrafi dać asumpt do przeróżnych refleksji... Kto by pomyślał! A jednak...

Dzisiejszego ranka miałam okazję obejrzeć fragment dwóch wywiadów/dyskusji w programie "Pytanie na śniadanie". Pierwszy z nich to rozmowa z (m.in) panią Kazimierą Szczuką na temat sponsoringu - w odniesieniu do najnowszego filmu Małgorzaty Szumowskiej. Nawiasem mówiąc czuję, że film będzie głośny tylko z powodu tematu i tego, że zagrała w nim Juliette Binoche. Mniejsza jednak o to. We wspomnianej rozmowie pani Szczuka próbowała przekonać swego oponenta, że sponsoring to nie prostytucja, tylko zwyczajne zarabianie pieniędzy, sposób utrzymania dobry jak każdy inny. Użyła wielu argumentów (proszę wybaczyć, pani Kazimiero, że nie wszystkie pamiętam), np.: że sponsoring to odwieczny sposób zarabiania, że to własny wybór niektórych kobiet... Mnie nie przekonała, oponenta zapewne też nie (nie wiem, przełączyłam na "Dzień Dobry TVN).

Podobnie nie przekonała mnie pani Maria Czubaszek, że aborcja to dobry sposób antykoncepcji. Wiem, że spłycam jej (liczne) wypowiedzi na ten temat, ale mierzi mnie fakt, że mogła tak bezceremonialnie o tym mówić. Wstyd mi za nią. To z panią Marią był ten drugi wywiad, o którym wspominałam (akurat na TVN-ie były reklamy, więc przełączyłam na TVP2, gdzie Rogalska przepytywała panią Czubaszek). Kiedy, w ciągu 15 minut programu, w telewizji publicznej rozmawiają na dwa tak bardzo feministyczne tematy, to wiedz, że coś się dzieje...

I ja to zauważyłam! I wiem, że niecnie próbuje się mnie przekonać do bycia feministką! "Wysokie Obcasy" próbują, pani Kazimiera już od dawna próbuje wszystkich przekonać, a teraz już nawet pani Maria zaczęła... Ale ja to wszystko sobie przemyślałam i nie dam się przekonać do bycia feministką, bo:

1. Aborcja to morderstwo. Życie każdego człowieka zaczyna się od zarodka, każdy kiedyś takim zarodkiem był i kto wie, ilu z nas powinno dziękować Bogu za to, że mama jednak zrezygnowała z tego pomysłu... Aborcję dopuszczałabym tylko ze względu na zagrożenie życia matki bądź ciężkie uszkodzenie płodu skutkujące śmiercią dziecka po porodzie. Inna sprawa (której jeszcze nie przetrawiłam), to ciężkie kalectwo dziecka stwierdzone w czasie ciąży. Nawet jeśli dopuściłabym myśl, że wolę, żeby tego dziecka nie było, niż żeby żyło jak roślina, to i tak byłoby to morderstwo... Już kiedyś pisałam, że żałuję, że nie wszystko jest czarne albo białe... Reasumując jednak: żyjemy w XXI wieku, istnieje naprawdę wiele dobrych metod pozwalających ustrzec się niechcianej ciąży!

2. Stosunek płciowy za pieniądze to prostytucja. Nawet jeśli facet jest przystojnym 40-latkiem, z którym lubisz się kochać i robisz to z własnej woli, tylko i wyłącznie dla zarobku. A poza tym masz studia, fajne życie i nie stoisz na autostradzie. Jeśli ktoś płaci ci za seks, to nie jest to ani normalny związek, ani normalna praca. Praca, to jest coś, co robisz własnymi rękoma lub głową, a nie d... (za przeproszeniem!)

To były odniesienia do wynurzeń medialnych pani Szczuki i pani Czubaszek. Czas na często poruszany w "Wysokich Obcasach" temat równouprawnienia...

3. Równouprawnienie nigdy nie miało i nigdy nie będzie mieć miejsca. Po to natura podzieliła nas na dwie płcie, żebyśmy się od siebie różnili. Również siłą, usposobieniem, inteligencją emocjonalną. To jest przecież najbardziej fascynujące w relacjach damsko-męskich! Poza tym nie przeszkadza mi patryjarchat, bo lubię czuć się bezpieczna za sprawą ukochanego mężczyzny. Lubię podać mu obiad pod nos i widzieć jak pałaszuje aż się uszy trzęsą i sypie komplementami, bo takie pyszne... Wolę  sprzątać sama, bo wiem, że robię to dokładniej (sorry, H.!;-). Tak samo wolę sama NIE jeździć samochodem, bo mnie to za bardzo stresuje. I nie przekonuje mnie fakt, że przecież mamy równouprawnienie i po to mam prawo jazdy. Faceci też mają po to dwie ręce, żeby np. posprzątać łazienkę, a jednak też nie wszyscy potrafią... Niech więc sobie różne panie szczukają o równouprawnieniu, mnie jest dobrze w krzywouprawnieniu.

Chociaż w jednym muszę przyznać rację feministkom. Muszę się po prostu z nimi zgodzić, ...

4. ... że zajmowanie się domem i dzieckiem (czy kobieta pracuje zawodowo, czy nie), to naprawdę ciężkie i niedocenianie zajęcie. Kobieta wcale "nie siedzi sobie" w domu, jak myślą niektórzy panowie. Ciekawe kto wyprasowałby sterty prania, posprzątał mieszkanie, zrobił obiad, przygotował kolację, w międzyczasie nosząc na rękach marudne ząbkujące dziecko lub odpowiadając na milion pytań starszego, gdyby ona sobie tak po prostu siedziała...? A jeśli nawet dwie godziny w ciągu dnia dosłownie siedzi, bo jest taka sprytna, że już wszystko zrobiła, to ma cały czas obok siebie dziecko, które wymaga nieustannej uwagi. Nie może np. wyjść na zakupy z koleżankami czy gdziekolwiek indziej... Nie ma po prostu czasu dla siebie. Pewna przyjaciółka powiedziała mi ostatnio, że jej czas dla siebie jest wtedy, kiedy idzie do kibelka...! Matki zazwyczaj nawet w nocy nie mogą odpocząć, bo głównie to one wstają do dzieci. Zajmowanie się domem i dzieckiem to naprawdę ciężka i zabierająca prywatny czas praca. I dlatego ojciec powinien pomagać partnerce w zajmowaniu się dzieckiem, przewijaniu go, zabawianiu, rozmawianiu z nim. Dziecko wszak też chce być równouprawnione i mieć taki sam dostęp do taty, jak i do mamy. Jasne, że facet jest zmęczony, kiedy wraca z pracy. I nawet wtedy, kiedy nie może się oprzeć popołudniowej drzemce, powinien wyłuskać chociaż 2-3 godziny wieczorem, żeby spędzić czas z latoroślą (-lami), a przy okazji pozwolić kobiecie na przebywanie z samą sobą. Powinien, jeśli chce mieć zdrową psychicznie żonę i takież same dzieci.

Myślałam, że ani trochę nie jestem feministką. A jednak. Zgadzam się z jednym na cztery omówione punkty.

No dobra, ostatecznie mogę zostać ćwierćfeministką.

wtorek, 7 lutego 2012

Błogosławieni cisi!

Stwierdzam to oficjalnie: przyciągam nałogowych "basowiczów" i inne głośne szumowiny. Odkąd zamieszkałam w Białymstoku, nie dane mi było mieć normalnych cichych sąsiadów...

Pierwszy był najgorszy. W akademiku na Krakowskiej. Mówili na niego jakoś tak śmiesznie, chociaż nie wiem, jak miał naprawdę na imię (i nie chcę wiedzieć). Ogólnie sympatyczny głupio-mądry dresik. Tylko jego zajefajny najlepsiejszy najwyższej klasy sprzęt grający i subufery z piekła rodem nie dawały mi uczyć się w dzień, spać w nocy, a czasem nawet zwyczajnie rozmawiać o jakiejkolwiek porze. Przez jego "dancowe" kawałki, które aż tętniły od dudniących nisko basów, nawet szklanki na półce nie miały spokoju. A może uznały, że skoro już drży ściana, to i one sobie potańczą, brzdękając nieśmiało... Moje serce czuło się jak ta ściana - drżało w strachu przez ten nieznośny łomot. Te basy były naprawdę przerażające, jego sprzęt mógłby obsłużyć dużą dyskotekę... Na nic zdawały się prośby, rozmowy, kłótnie. Jak grochem o ścianę! Czasem, kiedy wychodził z pokoju i robił jeszcze głośniej, bo szedł do kolegi, który mieszkał kilka pokojów dalej i również tam chciał słyszeć swoją "rozwaloną muzę", mój chłopak wchodził do jego pokoju (wszak drzwi zostawiał otwarte) i bezceremonialnie ściszał... Słodka była cisza dla mych uszu, chociaż chwilowa. Błogosławiłam godziny, kiedy nie było go w akademiku i nielicznie minuty, kiedy puszczał "Lubię mówić z tobą" Happysad. Czasem nawet "dresy" miewają dziwne - jak na swoje stereotypowe upodobania - fascynacje muzyczne.

Kolejni sąsiedzi, kiedy już wynajmowaliśmy mieszkanie w bloku, lubili się po prostu kłócić. Głośno i rano. Poza tym mieli 3 haskie (na czterdziestu metrach kwadratowych!), które czasem urządzały sobie wyścigi, a że mieszkanie było nad nami, wydawało się, że po suficie biega ładne stadko koni... 

No i wreszcie obecni sąsiedzi. Połączenie "dresa" z akademika i tych z wcześniejszego mieszkania. Kłócą się ("Podetrzesz w końcu ten tyłek, k...!" - matka do nastoletniego syna...!), smarkają jakby odpalali silnik (choć H. twierdzi, że to inny odgłos, ale nie zagłębiajmy się w szczegóły...), no i sąsiad ma chyba ze 2 metry wzrostu i nisko zamontowany sedes, bo jak siknie!... To, że słyszę wszystkie te odgłosy, to zapewne wina cienkich ścian. Jednak puszczanie Eski na cały regulator o każdej porze dnia i nocy słychać byłoby i przez grube. Jak wielkie są moje męki, może się przekonać tylko ten, kto pracował kiedyś na noc. Wracam z pracy, kładę się spać koło 9.00 rano, a już o 10.00-11.00 budzi mnie przeraźliwe dudnienie basów. Bo tuż za ścianą sypialni stoją głośniki sąsiadów... Agrrrhh!... Nie da się spać, nie da się nawet myśleć. Pewnego razu w afekcie wzięłam młotek, zdjęłam obraz ze ściany i stukałam w gwóźdź, żeby dać im coś do zrozumienia. A że spałam tylko godzinę po nieprzespanych wcześniejszych 24 godzinach, to trochę słabo było z trafianiem i ucierpiała też ściana... Z tymi sąsiadami nawet nie ma jako pogadać, bo mieszkają w klatce obok. Przecież nie ubiorę się o 1 w nocy i nie będę dzwonić do nich domofonem... A w dzień teoretycznie mają prawo. Czasem działa stuknięcie młotkiem w ich ścianę od balkonu, po wychyleniu się przez okno naszej sypialni... 

Zastanawia mnie tylko, co oni robią? Nie pracują? Nie uczą się? Na pewno jest to rodzina, chyba 4-osobowa, z psem (najcichszym członkiem rodziny), synowie w wieku nastoletnim. I to wszystko da się wywnioskować tylko ze słyszenia. Od 8.00 do 15.00 powinni być w pracy i szkole! A nawet w tygodniu potrafią kłócić lub słuchać (bardzo) głośnej muzyki w porze przedpołudniowej. I rodzicom to nie przeszkadza. Może to nawet oni są prowodyrami? Wniosek: bezrobotni dresiarze z wagarującymi dziećmi. Patologia.

A dziś na domiar złego obudziły mnie ogłuszające basy dobiegające z mieszkania z drugiej strony, czyli z tej samej klatki... Brak słów.

Niech ktoś mi tylko powie, co przyjemnego jest w tak bardzo głośnym słuchaniu muzyki na co dzień, że aż nie słychać własnych myśli?... Rozumiem to podczas imprezy, ale w dzień, codziennie? Czy to jest kontemplacja? Nasycanie się? Poznawanie tajników współczesnej muzyki? Znam inne na to sposoby.

Może powinnam wysłać im słuchawki?...