środa, 14 marca 2012

Samotność pod merynosem

Obwoźny handel i akwizycję zawsze uważałam za coś nieuczciwego. Jeżdżą tacy, jeden z drugim, po wioskach i wciskają tandetę Bogu ducha winnym i niczego nieświadomym babciom i dziadkom. Materace z wełny merynosów, które wygrzeją ci stare kości tak, że już nigdy nie będziesz mieć reumatyzmu. Cudowne garnki do gotowania na parze sprawią, że problemy żołądkowe znikną, książka o papieżu (jedynym prawdziwym), rekomendowana przez arcybiskupa... Każdy katolik mieć powinien! Wszystko to oryginalne, niepowtarzalne, niezawodne, jedyne w swoim rodzaju - co uzasadnia cenę z kosmosu. A wioskowe babcie i dziadki, nieświadome świata, nieznające prawdziwych cen (bo i skąd, skoro do wioski dojeżdża tylko sklep-samochód), wierzą i kupują, bo przy okazji zabijają trochę nudę... A potem ich synów/córki/wnuczki z miasta szlag trafia, bo "mamusia znowu dała się nabrać"...

Jednak sprzedaż takowych dóbr poprzez organizowane pokazy ciężko nazwać oszustwem. W końcu na taki pokaz konsumenci przychodzą dobrowolnie. Fakt, ktoś ich wcześniej zmanipulował w rozmowie telefonicznej, ale i tak są świadomi, gdzie idą i w jakim celu. Wiedzą, że ktoś im pokaże niesamowite garnki, opowie o niezawodnych maściach, masujących materacach... I słyszeli wcześniej na pewno, że coś się za tym kryje, że nie jest do końca fajnie i kolorowo, bo gratisowy prezent to bubel i nie było cukierków, jak obiecywało zaproszenie. No i że za takowy produkt trzeba słono zapłacić. Ale skoro Hanka spod piętnastki kupiła ostatnio....

Zastanawiałam się więc, dlaczego te tzw. mohery, tak tłumnie pędzą na te spotkania i pokazy? Moja praca (ileż z niej pożytku!) przyszła mi z odpowiedzią. Nasza sala bankietowo-konferencyjna wynajmowana jest na podobne pokazy. Kiedy trafi się taki na moim dyżurze, po dniu w pracy, na każde zadane wieczorem pytanie, odpowiadam: "Pierwsze piętro, drzwi na lewo" - bo takimi słowy witam tych wszystkich licznych starszych ludzi, przychodzących godzinę przed pokazem (!). Po dwudziestym wypowiedzeniu tej formułki i błaganiu, żeby jeszcze nie wchodzili, bo nie ma gdzie czekać, a pokaz dopiero za godzinę, gotuje się we mnie wszystko, ale - jak to mówią - co poradzisz? Toż nie będą dziadki stać na mrozie, więc muszę im pozwolić posiedzieć na kilku ławkach w korytarzu recepcji... Za miękkie mam serce. Ale dzięki temu dowiedziałam się, po co ci ludzie przychodzą na te spotkania, mimo, że potem często czują się nieusatysfakcjonowani, a czasem nawet oszukani. Rozmowa kliku z nich mnie uświadomiła. Jeden z panów, zapewne emeryt, zagadnął do innego: "Ja to wiem, że to głupota, ale człowiek choć z domu wyjdzie..." Dalszej części wypowiedzi nie usłyszałam, bo zadzwonił telefon. Jednak domyślam się, że to łaknienie towarzystwa, dojmująca samotność i poczucie bezużyteczności sprawiają, że te wszystkie biedne "mohery" tak chętnie przychodzą obejrzeć pościel z merynosów. Dzięki temu spotykają innych ludzi, zawierają znajomości, dostają gotowe tematy do rozmów. Kto gdzie był, co oglądał, co kupił, co go zdenerwowało. Kupowanie dziwnych niepotrzebnych produktów też wynika po części z samotności. Przynajmniej będzie można pochwalić się czy poskarżyć sąsiadowi, zadzwonić do firmy z wyrzutami, że nie ma instrukcji czy gwarancji. Każdy powód do aktywności jest dobry. Co, poza tym, robić z odłożonymi pieniędzmi? Wszyscy wiemy, że niektórzy emeryci czy renciści mają sporo zachomikowane... A tu nie trzeba jechać na rynek czy do galerii, gdzie się człowiek nałazi i zgubi, można wygodnie posiedzieć, wszystko ci opowiedzą i przy okazji jesteś wśród podobnych sobie. Płacą więc za towarzystwo, albo nie kupują, tylko psioczą pod nosem, wychodząc: "Ostatni raz się dałem nabrać!...". Wiadomo, że nie ostatni. To takie nowe hobby współczesnych emerytów i rencistów. Młodsze osoby zazwyczaj wychodzą po 5 minutach, wstydząc się zapewne przed sobą, że w ogóle tu przyszli. A starci wracają. Czasem uda im się nawet pojechać za bezcen na wycieczkę i zjeść darmowy obiad. Nie wiedzą, że za całą "imprezę" płaci jedna naiwna babcia, która kupuje komplet garnków za sześć tysięcy, podczas gdy naprawdę wart jest 500 zł (oby!). 

Czy możemy oskarżać tych sprzedawców o nieuczciwość? Przecież ci ludzie sami się proszą...

wtorek, 28 lutego 2012

Co ja siedzę?

Szukam, szukam, ciągle próbuję się odnaleźć...

Czasem próbuję też swoich sił w technice Decoupage. Pierwsze prace, jakie tym sposobem wykonałam, to były bombki choinkowe, które podarowałam przyjaciołom i znajomym.

Ciągle coś mi nie wychodzi, często denerwuje, bo jednak nie jestem urodzonym artystą i wszystko muszę wypracować. Jednak dekupaż potrafi sprawić frajdę, kiedy jakiś zamysł przeradza się w realną rzecz. Lubię też niespieszne wykonywanie kolejnych etapów. Ta technika nie lubi pośpiechu, jedną pracę można (czasem nawet trzeba) robić kilka dni. W sam raz coś dla mnie.

A to jedna z moich pierwszych prób dekupażowych pt. "Co ja siedzę?" :) Od jakiegoś czasu ta butelka stara się przyozdabiać parapet mojej przyjaciółki Agi. Tutaj jeszcze na moim parapecie.

piątek, 10 lutego 2012

Ćwierćfeministka

Czasem telewizja śniadaniowa potrafi dać asumpt do przeróżnych refleksji... Kto by pomyślał! A jednak...

Dzisiejszego ranka miałam okazję obejrzeć fragment dwóch wywiadów/dyskusji w programie "Pytanie na śniadanie". Pierwszy z nich to rozmowa z (m.in) panią Kazimierą Szczuką na temat sponsoringu - w odniesieniu do najnowszego filmu Małgorzaty Szumowskiej. Nawiasem mówiąc czuję, że film będzie głośny tylko z powodu tematu i tego, że zagrała w nim Juliette Binoche. Mniejsza jednak o to. We wspomnianej rozmowie pani Szczuka próbowała przekonać swego oponenta, że sponsoring to nie prostytucja, tylko zwyczajne zarabianie pieniędzy, sposób utrzymania dobry jak każdy inny. Użyła wielu argumentów (proszę wybaczyć, pani Kazimiero, że nie wszystkie pamiętam), np.: że sponsoring to odwieczny sposób zarabiania, że to własny wybór niektórych kobiet... Mnie nie przekonała, oponenta zapewne też nie (nie wiem, przełączyłam na "Dzień Dobry TVN).

Podobnie nie przekonała mnie pani Maria Czubaszek, że aborcja to dobry sposób antykoncepcji. Wiem, że spłycam jej (liczne) wypowiedzi na ten temat, ale mierzi mnie fakt, że mogła tak bezceremonialnie o tym mówić. Wstyd mi za nią. To z panią Marią był ten drugi wywiad, o którym wspominałam (akurat na TVN-ie były reklamy, więc przełączyłam na TVP2, gdzie Rogalska przepytywała panią Czubaszek). Kiedy, w ciągu 15 minut programu, w telewizji publicznej rozmawiają na dwa tak bardzo feministyczne tematy, to wiedz, że coś się dzieje...

I ja to zauważyłam! I wiem, że niecnie próbuje się mnie przekonać do bycia feministką! "Wysokie Obcasy" próbują, pani Kazimiera już od dawna próbuje wszystkich przekonać, a teraz już nawet pani Maria zaczęła... Ale ja to wszystko sobie przemyślałam i nie dam się przekonać do bycia feministką, bo:

1. Aborcja to morderstwo. Życie każdego człowieka zaczyna się od zarodka, każdy kiedyś takim zarodkiem był i kto wie, ilu z nas powinno dziękować Bogu za to, że mama jednak zrezygnowała z tego pomysłu... Aborcję dopuszczałabym tylko ze względu na zagrożenie życia matki bądź ciężkie uszkodzenie płodu skutkujące śmiercią dziecka po porodzie. Inna sprawa (której jeszcze nie przetrawiłam), to ciężkie kalectwo dziecka stwierdzone w czasie ciąży. Nawet jeśli dopuściłabym myśl, że wolę, żeby tego dziecka nie było, niż żeby żyło jak roślina, to i tak byłoby to morderstwo... Już kiedyś pisałam, że żałuję, że nie wszystko jest czarne albo białe... Reasumując jednak: żyjemy w XXI wieku, istnieje naprawdę wiele dobrych metod pozwalających ustrzec się niechcianej ciąży!

2. Stosunek płciowy za pieniądze to prostytucja. Nawet jeśli facet jest przystojnym 40-latkiem, z którym lubisz się kochać i robisz to z własnej woli, tylko i wyłącznie dla zarobku. A poza tym masz studia, fajne życie i nie stoisz na autostradzie. Jeśli ktoś płaci ci za seks, to nie jest to ani normalny związek, ani normalna praca. Praca, to jest coś, co robisz własnymi rękoma lub głową, a nie d... (za przeproszeniem!)

To były odniesienia do wynurzeń medialnych pani Szczuki i pani Czubaszek. Czas na często poruszany w "Wysokich Obcasach" temat równouprawnienia...

3. Równouprawnienie nigdy nie miało i nigdy nie będzie mieć miejsca. Po to natura podzieliła nas na dwie płcie, żebyśmy się od siebie różnili. Również siłą, usposobieniem, inteligencją emocjonalną. To jest przecież najbardziej fascynujące w relacjach damsko-męskich! Poza tym nie przeszkadza mi patryjarchat, bo lubię czuć się bezpieczna za sprawą ukochanego mężczyzny. Lubię podać mu obiad pod nos i widzieć jak pałaszuje aż się uszy trzęsą i sypie komplementami, bo takie pyszne... Wolę  sprzątać sama, bo wiem, że robię to dokładniej (sorry, H.!;-). Tak samo wolę sama NIE jeździć samochodem, bo mnie to za bardzo stresuje. I nie przekonuje mnie fakt, że przecież mamy równouprawnienie i po to mam prawo jazdy. Faceci też mają po to dwie ręce, żeby np. posprzątać łazienkę, a jednak też nie wszyscy potrafią... Niech więc sobie różne panie szczukają o równouprawnieniu, mnie jest dobrze w krzywouprawnieniu.

Chociaż w jednym muszę przyznać rację feministkom. Muszę się po prostu z nimi zgodzić, ...

4. ... że zajmowanie się domem i dzieckiem (czy kobieta pracuje zawodowo, czy nie), to naprawdę ciężkie i niedocenianie zajęcie. Kobieta wcale "nie siedzi sobie" w domu, jak myślą niektórzy panowie. Ciekawe kto wyprasowałby sterty prania, posprzątał mieszkanie, zrobił obiad, przygotował kolację, w międzyczasie nosząc na rękach marudne ząbkujące dziecko lub odpowiadając na milion pytań starszego, gdyby ona sobie tak po prostu siedziała...? A jeśli nawet dwie godziny w ciągu dnia dosłownie siedzi, bo jest taka sprytna, że już wszystko zrobiła, to ma cały czas obok siebie dziecko, które wymaga nieustannej uwagi. Nie może np. wyjść na zakupy z koleżankami czy gdziekolwiek indziej... Nie ma po prostu czasu dla siebie. Pewna przyjaciółka powiedziała mi ostatnio, że jej czas dla siebie jest wtedy, kiedy idzie do kibelka...! Matki zazwyczaj nawet w nocy nie mogą odpocząć, bo głównie to one wstają do dzieci. Zajmowanie się domem i dzieckiem to naprawdę ciężka i zabierająca prywatny czas praca. I dlatego ojciec powinien pomagać partnerce w zajmowaniu się dzieckiem, przewijaniu go, zabawianiu, rozmawianiu z nim. Dziecko wszak też chce być równouprawnione i mieć taki sam dostęp do taty, jak i do mamy. Jasne, że facet jest zmęczony, kiedy wraca z pracy. I nawet wtedy, kiedy nie może się oprzeć popołudniowej drzemce, powinien wyłuskać chociaż 2-3 godziny wieczorem, żeby spędzić czas z latoroślą (-lami), a przy okazji pozwolić kobiecie na przebywanie z samą sobą. Powinien, jeśli chce mieć zdrową psychicznie żonę i takież same dzieci.

Myślałam, że ani trochę nie jestem feministką. A jednak. Zgadzam się z jednym na cztery omówione punkty.

No dobra, ostatecznie mogę zostać ćwierćfeministką.

wtorek, 7 lutego 2012

Błogosławieni cisi!

Stwierdzam to oficjalnie: przyciągam nałogowych "basowiczów" i inne głośne szumowiny. Odkąd zamieszkałam w Białymstoku, nie dane mi było mieć normalnych cichych sąsiadów...

Pierwszy był najgorszy. W akademiku na Krakowskiej. Mówili na niego jakoś tak śmiesznie, chociaż nie wiem, jak miał naprawdę na imię (i nie chcę wiedzieć). Ogólnie sympatyczny głupio-mądry dresik. Tylko jego zajefajny najlepsiejszy najwyższej klasy sprzęt grający i subufery z piekła rodem nie dawały mi uczyć się w dzień, spać w nocy, a czasem nawet zwyczajnie rozmawiać o jakiejkolwiek porze. Przez jego "dancowe" kawałki, które aż tętniły od dudniących nisko basów, nawet szklanki na półce nie miały spokoju. A może uznały, że skoro już drży ściana, to i one sobie potańczą, brzdękając nieśmiało... Moje serce czuło się jak ta ściana - drżało w strachu przez ten nieznośny łomot. Te basy były naprawdę przerażające, jego sprzęt mógłby obsłużyć dużą dyskotekę... Na nic zdawały się prośby, rozmowy, kłótnie. Jak grochem o ścianę! Czasem, kiedy wychodził z pokoju i robił jeszcze głośniej, bo szedł do kolegi, który mieszkał kilka pokojów dalej i również tam chciał słyszeć swoją "rozwaloną muzę", mój chłopak wchodził do jego pokoju (wszak drzwi zostawiał otwarte) i bezceremonialnie ściszał... Słodka była cisza dla mych uszu, chociaż chwilowa. Błogosławiłam godziny, kiedy nie było go w akademiku i nielicznie minuty, kiedy puszczał "Lubię mówić z tobą" Happysad. Czasem nawet "dresy" miewają dziwne - jak na swoje stereotypowe upodobania - fascynacje muzyczne.

Kolejni sąsiedzi, kiedy już wynajmowaliśmy mieszkanie w bloku, lubili się po prostu kłócić. Głośno i rano. Poza tym mieli 3 haskie (na czterdziestu metrach kwadratowych!), które czasem urządzały sobie wyścigi, a że mieszkanie było nad nami, wydawało się, że po suficie biega ładne stadko koni... 

No i wreszcie obecni sąsiedzi. Połączenie "dresa" z akademika i tych z wcześniejszego mieszkania. Kłócą się ("Podetrzesz w końcu ten tyłek, k...!" - matka do nastoletniego syna...!), smarkają jakby odpalali silnik (choć H. twierdzi, że to inny odgłos, ale nie zagłębiajmy się w szczegóły...), no i sąsiad ma chyba ze 2 metry wzrostu i nisko zamontowany sedes, bo jak siknie!... To, że słyszę wszystkie te odgłosy, to zapewne wina cienkich ścian. Jednak puszczanie Eski na cały regulator o każdej porze dnia i nocy słychać byłoby i przez grube. Jak wielkie są moje męki, może się przekonać tylko ten, kto pracował kiedyś na noc. Wracam z pracy, kładę się spać koło 9.00 rano, a już o 10.00-11.00 budzi mnie przeraźliwe dudnienie basów. Bo tuż za ścianą sypialni stoją głośniki sąsiadów... Agrrrhh!... Nie da się spać, nie da się nawet myśleć. Pewnego razu w afekcie wzięłam młotek, zdjęłam obraz ze ściany i stukałam w gwóźdź, żeby dać im coś do zrozumienia. A że spałam tylko godzinę po nieprzespanych wcześniejszych 24 godzinach, to trochę słabo było z trafianiem i ucierpiała też ściana... Z tymi sąsiadami nawet nie ma jako pogadać, bo mieszkają w klatce obok. Przecież nie ubiorę się o 1 w nocy i nie będę dzwonić do nich domofonem... A w dzień teoretycznie mają prawo. Czasem działa stuknięcie młotkiem w ich ścianę od balkonu, po wychyleniu się przez okno naszej sypialni... 

Zastanawia mnie tylko, co oni robią? Nie pracują? Nie uczą się? Na pewno jest to rodzina, chyba 4-osobowa, z psem (najcichszym członkiem rodziny), synowie w wieku nastoletnim. I to wszystko da się wywnioskować tylko ze słyszenia. Od 8.00 do 15.00 powinni być w pracy i szkole! A nawet w tygodniu potrafią kłócić lub słuchać (bardzo) głośnej muzyki w porze przedpołudniowej. I rodzicom to nie przeszkadza. Może to nawet oni są prowodyrami? Wniosek: bezrobotni dresiarze z wagarującymi dziećmi. Patologia.

A dziś na domiar złego obudziły mnie ogłuszające basy dobiegające z mieszkania z drugiej strony, czyli z tej samej klatki... Brak słów.

Niech ktoś mi tylko powie, co przyjemnego jest w tak bardzo głośnym słuchaniu muzyki na co dzień, że aż nie słychać własnych myśli?... Rozumiem to podczas imprezy, ale w dzień, codziennie? Czy to jest kontemplacja? Nasycanie się? Poznawanie tajników współczesnej muzyki? Znam inne na to sposoby.

Może powinnam wysłać im słuchawki?...

niedziela, 29 stycznia 2012

Prosta historia

Nie lubię poetyzowania. I to nie dlatego, że tego nie potrafię (bo nie potrafię). Po prostu na dłuższą metę męczy mnie czytanie upoetyzowanych wynurzeń. Po co jakoś specjalnie kodować coś tylko po to, żeby można to było interpretować i zamieniać sobie w głowie na prostą historię?

Droczę się, bo nie do końca jest tak jak wyżej. Dla wrażeń estetycznych przebrnę przez wiele upoetyzowanych zdań (choć fakt, że mnie zmęczą). Zmierzam do tego, że...

...jestem prostą kobietą. Prostą, znaczy lubiącą proste soczyste historie, dobrych wrażliwych ludzi, miłe niezobowiązujące rozmowy, kochane znajome twarze. Proste sytuacje, w których można nazywać rzeczy po imieniu i wyzwać od fiutów kogo trzeba... Lubię, kiedy coś wyraźnie jest czarne lub wyraźnie białe. Chciałabym, żeby wszystko było proste. Żebym miała prawo po prostu kogoś kochać lub zwyczajnie nienawidzić.

Tymczasem wokół roi się od perfidnych fałszywców i dwulicowców. Na dodatek nie można im oznajmić, co się o nich myśli, bo obrażą się wielce, a przecież w głębi duszy zależy nam na nich, Bóg raczy wiedzieć, dlaczego!... Jak to jest, że ma się w rodzinie (np.) kogoś, kogo się kocha mimo to, że właśnie tak perfidnie kłamie? Moja dobroć mnie zgubi!

A teraz coś z zupełnie innej beczki (i tu przydałaby się jakaś animacja w stylu Monty Pythona, której jednakowoż nie posiadam)... Wyczytałam ostatnio w mojej ulubionej gazecie internetowej, której jednocześnie nie lubię za przesadny feminizm, promowanie in vitro i idiotyczne błędny merytoryczne (ustaliliśmy już, że nic nie jest proste...), a mianowicie w "Wysokich Obcasach", że niejaka pani Lana Del Rey będzie muzycznym objawieniem tego roku - tak jak w zeszłym była nim Lady Gaga (która objawiła się już wcześniej, ale dla WO widocznie dopiero wtedy...). Idąc zatem za ciosem, postanowiłam zapoznać się z twórczością tegoż nowego objawienia. Falowane włosy, wydęte usteczka (zrobione - jak się dowiedziałam - celowo), piękna buzia... Lalunia wystylizowana na retro przyciąga wzrok, a kiedy zaczyna śpiewać, szybko zjednuje sobie słuchaczy. Przynajmniej mnie. Nie żebym stała się zaraz jakąś wielką fanką, po prostu ma ładny głęboki głos. A jej teledyski to kwintesencja amerykańskości, będące kolażem obrazów amerykańskiego życia, co nazywa się teraz myśleniem TUMBLR-owym, czyli myśleniem obrazami - jak dowiedziałam się ze wspomnianego artykułu.W którym nota bene istnieje porażający błąd merytoryczny - według autorki bowiem serial "Zakazane imperium" traktuje o narodzinach Hollywood!, podczas gdy nie ma z tym nic wspólnego. (To tak na marginesie, żeby wskazać, za co m.in. nie lubię WO). Wracając do myśli, to właściwie Lana nie odbiega tak bardzo od tytułu mojego posta. Jej piosenki i teledyski to taka właśnie prosta historia. Przystojni faceci w niebieskich jeansach i śliczne dziewczęta, uprawiający seks na maskach samochodów, na skraju miasta, w blasku gwiazd. Czasem w trampkach, niektórzy z bandamkami, chyba tylko po to, żeby przypomnieć mi mityczny dla mnie plakat z dzieciństwa, który wisiał w pokoju moich braci, a na którym długowłosy przystojniak całował ślicznotkę w samych jeansach... (Czemu oni w ogóle mieli taki babski plakat?!)... Sceny jak z teledysków Aerosmith, fragmenty kreskówek, sielskie anielskie życie w Ameryce, a tylko z tekstów przebija czasem jakiś dramat, jakaś chęć umierania z miłości. Pięknie i słodko. A jednocześnie podszyte to wszystko chęcią pokazania, że jakiś zgrzyt czasem następuje, diwy kina upadają i upodlają się... Podszyte to tęsknotą za mityczną Ameryką, Ameryką, którą opisywał Baudrillard. Lana jest nią tak samo zafascynowana jak on. I chyba podobne są powody tej fascynacji.



A gdybym chciała nakręcić teledysk na wskroś przesiąknięty polskością?

niedziela, 8 stycznia 2012

Można? Trzeba!

Kiedy po źle przespanej nocy, niespokojnych snach, w których kuliłam się na białym szpitalnym łóżku, nieustannym przebudzaniu i strachu przed spojrzeniem na zegarek, w końcu wstałam (w sumie bez większej rozpaczy), przemyłam oczy, ocuciłam twarz i wykonałam szereg czynności prowadzących do stanu oglądalności (rym niezamierzony), zawędrowałam do pracy, odpowiedź na moje - zadawane sobie od jakiegoś czasu - pytanie, okazała się pozytywna. Jednak można. Można chcieć i nie poprzestać na chceniu. Można pielęgnować pasję, która przynosi satysfakcję, uznanie, a nawet te prozaiczne pieniądze. Można pochodzić z zaściankowego miasta i robić karierę w wielkim świecie. Można. Jeden artykuł w lokalnej prasie na temat projektantki pochodzącej z Białegostoku, która zdobywa włoski świat mody, mnie o tym przekonał.

A ja tymczasem siedzę w nudnej pracy i (wykorzystując popularny mem internetowy) "pacze" na jakieś posty na fejsbuku, "pacze", co by tu ze sobą zrobić i "pacze", co ja w ogóle "pacze"... "Pacze", że nie ma tu dla mnie większych perspektyw, ale przynajmniej płacą mi za czytanie książek, oglądanie filmów i "paczenie". Więc w sumie "pacze", że nieźle się urządziłam, w końcu nie stoję 12 godzin przy taśmie produkcyjnej, "pacząc" w te same numerki na kartonach... Mogę się ukulturalniać, oczytywać, przemyśliwać pewne kwestie, filozofować wręcz, jeśli najdzie mnie ochota. Teoretycznie mogłabym nawet pospać, choć w dzień mogłoby się to okazać ryzykowne, bo w nocy płacą mi nawet za spanie. "Pacze" więc, że przypadałoby się tę masę wolnego czasu przekuć na jakiś sukces... Na pewno Bóg zesłał mi tę pracę, chcąc dać mi okazję do zrobienia czegoś wielkiego! "Pacze" tylko, że nie za bardzo wiem, o co tu może chodzić... Ale mam dużo czasu, żeby się dowiedzieć.

Jak zatem mawia wujek Hormon: "Można?... Trzeba!..." Trzeba się dowiedzieć.