Ten blog powinien mieć tytuł "Antyblog", bo jest idealnym przykładem jak nie tworzyć bloga. Jeśli chcesz mieć bloga, na którego zagląda znikoma ilość osób, stosuj się do następującej wskazówki: pisz jak najrzadziej.
Mnie jak na razie idzie znakomicie. Post raz na pół roku, to jest wyczyn!
Uwaga! Nastąpi teraz autoanaliza, której celem będzie znalezienie przyczyn zaistniałej sytuacji, a raczej niezaistnienia żadnego posta od X czasu (jak to mówi moja mama) ...
Lubię swoją pisaninę. Najbardziej wtedy, kiedy przekazywane sensy uda mi się zamknąć w ciekawej formie. Interesujący temat, dobry wstęp, zabawna czy gorzka pointa i już czuję satysfakcję z tych kilkudziesięciu wystukanych zdań. Tęsknię za takimi tekstami. Główna przyczyna, dla której piszę tak rzadko, to brak pomysłu na tekst. Kiedy miałabym o czym pisać, znalazłaby się i pointa. Zazwyczaj pomysł nakręca cały tekst, fragmenty same piszą się w głowie zanim jeszcze zasiądę do komputera.
Ale o czym pisać, kiedy siedzi się non stop w domu, nie licząc 2-3 godzin spaceru...? Chyba tylko czerpać pomysły z telewizji śniadaniowej! Albo zacząć prowadzić blog parentingowy. Uwielbiam swoją córkę, jest cudowna i zapewne dostarczałaby mi wielu znakomitych pomysłów do pisania, ale nie kręcą mnie jakoś te klimaty. Owszem, lubię czytać fajne blogi o rodzicielstwie, ale skoro tego nie potrafię prowadzić, to po co zabierać się za kolejny?
Bo tu wkracza moja najgorsza cecha, o której już wielokrotnie wspominałam. Słomiany zapał. Zupełnie jakbym była dwubiegunowa! Potrafię się nakręcić na coś niesamowicie, czy będzie to pisanie czy decoupage, żeby po jakimś czasie zupełnie zaprzestać działania w danym kierunku, wynajdując przy okazji masę powodów. Ostatnio głównym powodem jest rodzicielstwo...
... Bo taka jest prawda. Przez pierwsze miesiące po porodzie dochodziłam do siebie długo, bo pojawienie się Lidki (poza tym, że było cudownym wydarzeniem) wywróciło mój świat do góry nogami. Nieustanny lęk o córkę, nieprzespane noce, karmienie co 1,5-2 godziny... Wymagało to trochę czasu, żeby jako tako odnaleźć się w nowej sytuacji. A potem, kiedy Lidka już podrosła i, poza moimi piersiami, zaczęła się też interesować otaczającym ją światem, okazało się, że do jego poznawania jestem jej po prostu niezbędna. Każda zabawa musi odbywać się przy moim udziale, zmywam i wycieram kurze z przyczepioną do nogi istotą, o odkurzaniu czy wycieraniu podłóg mogę zapomnieć.
Lidka uzależniła się ode mnie, a ja od niej. Rzadko wychodzę z domu sama, bo zdziczałam. Boję się, że kiedy pomyślę o sobie, stanę się egoistką, chociaż wiem, że żeby zachować zdrowie psychiczne muszę myśleć o sobie. Ale błędne koło odmóżdżenia trwa. Chociaż zabawy z Lidką i nicnierobienie na podłodze są fajne, bo mogę obserwować jej rozwój, to jednak taka sytuacja trwająca już tyle miesięcy, nie sprzyja mojemu rozwojowi. A kiedy Lidka idzie spać...
... mój rozleniwiony mózg jest już tak otępiały, że nic mu się nie chce. Nie potrafię wykrzesać z siebie jakiejkolwiek kreatywności, bo jestem zmęczona tym podłogowaniem. Muszę odpocząć od nicnierobienia. To jednak prawda, że kiedy człowiek ma dużo zajęć i mało czasu, jest lepiej zorganizowany, wydajniejszy i bardziej usatysfakcjonowany. (Już nie mogę się doczekać, żeby iść do pracy i odpocząć od domu, chociaż to będzie się wiązało z ogromnym stresem przez rozstanie z Lidką...).
W związku z ciągłym popadaniem w ten cały marazm i zdziczenie, brak mi chęci nie tylko na pisanie, ale też na wyjście z domu, ćwiczenia, zapisanie się na siłownię. Jedyne, co mnie ratuje przed totalnym obumarciem szarych komórek, jest czytanie książek przed snem.
Ależ nasmęciłam. Nie lubię się tak uzewnętrzniać, ale zrobiłam wyjątek, dla samej siebie. Powiedziałam to wszystko na głos i powinnam teraz powziąć mocne postanowienie poprawy i obiecać sobie, że:
1. Codziennie będę szukała wokół siebie potencjalnych tematów na tekst.
2. Będę częściej wychodziła z domu sama.
3. Zacznę w końcu chodzić na siłownię.
Powinnam sobie to obiecać, ale świadomie tego nie zrobię, żeby za kilka miesięcy znowu nie żalić się nad niespełnionymi postanowieniami.
Szukam
Sedno sprawy w pierwszym wpisie.
środa, 21 maja 2014
wtorek, 18 lutego 2014
Męska rzecz
Faceci często śmieją się z babskich "zabaw" na fb typu dodawanie serduszek, czy pisanie nazw owoców, które mają w tajemnym języku, znanym tylko kobietom, które dostały wiadomość od koleżanki, oznaczać typ związku czy charakter faceta... Troszkę infantylne, niewinne zabawy zazwyczaj wiążą się z jakąś akcją dotycząca profilaktyki raka piersi czy wirusa HPV. Fajnie jest pobawić się w tajemniczą "grę", która ma w sobie szczyptę szczytnego celu, a przy okazji wkurzyć facetów, którzy nie wiedzą o co chodzi.
Tymczasem, śmiejących się z nas i takich zabaw facetów, ogarnął ostatnio istny szał w związku z podobnym łańcuszkiem. Na fb rozprzestrzeniła się typowo męska zabawa pt. "neknomination". Tutaj zasady nie są tajemnicą, są wręcz proste (i przy okazji głupie). Oto facet nagrywa filmik, na którym wypija jednym duszkiem piwo, po czym nominuje do takiego samego zadania trzech kumpli. Kolejne osoby robią to samo i znów nominują, i tak dalej... A jeśli nominowani nie wykonają zadania w ciągu 24h, są winni wyzywającemu kratę piwa! Hahahaha! Takie rzeczy to tylko faceci! Sami śmieją się, że nasze fejsbukowe zabawy są głupie i infantylne, a wystarczy kazać im wypić piwo i durnieją na punkcie głupiego łańcuszka! Bo dobra motywacja nie jest zła! Wystarczy perspektywa browara (czy kraty piwa - już widzę, jak ci, którzy nie wykonali zadania, lecą po skrzynkę piwa dla kolegi, taaa, jasne!) i już najgłupsza zabawa staje się hitem w sieci!
Tutaj przykłady podobnych filmików (notabene wg tego materiału ta zabawa zakończyła się śmiercią jakiegoś Irlandczyka!). Wśród moich znajomych w zabawie bierze udział zazwyczaj piwo, ale jeśli kto woli, może to być wódka (np. 4x40 ml), a na świecie są to różne rodzaje alkoholu, często wymieszane ze sobą.
I kto tu jest głupi, panowie?
czwartek, 16 stycznia 2014
Dobre ludzie?
Kiedyś, razem z m. i jego mamą, wymyślaliśmy hasło promujące pewną gminę... Burza mózgów przerodziła się w pewnym momencie w lekką głupaweczkę i jednym z jej efektów było (lubiane przez nas do dziś) hasło "dobre ludzie". O, jakże przyjemnie byłoby zobaczyć taki napis na jakimś "witaczu" przy drodze...! Nazwa miejscowości - dajmy na to - Kopydłówka - i pod spodem napis "Dobre ludzie". Micha sama się cieszy, przynajmniej mi.
Czasem jeszcze to hasło przewija się w naszych rodzinnych rozmowach. Zdarza się o kimś powiedzieć, że to takie "dobre ludzie"... Parafrazując ten swojski zwrot, w zależności od sytuacji, potrafimy powiedzieć o kimś "bo to takie głupie ludzie" czy "biedne ludzie". I wszystko staje się jasne.
Chciałabym, żeby kiedyś o nas (o moim m. i o mnie) ktoś mógł powiedzieć: "A ci, to takie dobre ludzie". Ba! Już nawet widzę oczyma wyobraźni nasz rodzinny grobowiec: nazwisko, a pod spodem napis "dobre ludzie". I jakiś zabłąkany człowiek, mijający nasz grób, czyta to określenie i nagle doznaje olśnienia! Bo czy można powiedzieć o kimś coś więcej? Coś lepszego?... To kwintesencja człowieczeństwa, esencja życia, misja i cel - bycie dobrym człowiekiem. Już widzę, jak ten przechodzień ukradkiem ociera łzę, z determinacją zaciska pięść i odchodzi żwawym krokiem, bo postanowił właśnie zmienić całe swoje życie, żeby ktoś o nim też mógł tak kiedyś powiedzieć...
Tymczasem do doskonałości daleko!! Bo jak tu być dobrym człowiekiem, kiedy nóż się w kieszeni otwiera na widok tych wszystkich okropności w telewizyjnych wiadomościach?! Od polityki anty-prorodzinnej począwszy, poprzez śmieciowe umowy i wieczne afery o nachapanie się... aż po śmierć maleńkich dzieci ("bo karetka nie dojechała"), ciężarne 12-stolatki ("bo Ola powiedziała, że trzeba się wysmarować octem, żeby nie zajść...") i samobójstwo zabranych rodzicom nastolatków ("bo rodzice byli ubodzy")... I na dodatek UE planuje zakazać wędzenia mięsa (bo jakoby proces ten szkodzi zdrowiu; może i szkodzi, ale jak tu żyć bez boczku podwędzanego?!!).
I tak wkoło Macieju. I chociaż człowiek stara się z całych sił być dobrym, to, chcąc nie chcąc, jakaś "kurwa" się wymsknie!
Czyli jednak złe ludzie, złe... głupie, złe i chciwe!
I tak wkoło Macieju. I chociaż człowiek stara się z całych sił być dobrym, to, chcąc nie chcąc, jakaś "kurwa" się wymsknie!
Czyli jednak złe ludzie, złe... głupie, złe i chciwe!
piątek, 10 stycznia 2014
Powrót?
O hohoho, ale pustki!! Już prawie dwa lata hulał tu wiatr i nikt nie wścibiał tu nosa. Z mojej winy rzecz jasna. Słomiany zapał to przecież moje drugie imię.
Chciałabym tu wrócić. Gnana falą blogowych poczynań znajomych pszczół... Skoro one, wśród tylu obowiązków, znajdują czas, żeby pisać, to może ja też dam radę? Przydałoby się po-gimnastykować mózg, przewietrzyć szare komórki i zrobić porządek z językiem, bo ostatnio, owszem, płodzę dużo postów na pewnym forum, lecz ich jakość znacznie odbiega od norm polszczyzny. Treść szczera i prawdziwa, lecz klecona naprędce na "stupid-fonie" z dotykową klawiaturą, przez którą używanie polskich znaków szarga mi nerwy...
Niedługo miną trzy lata od pierwszego posta na tym blogu. A ja mogę znów podpisać się pod ostatnim jego zdaniem, które dało nazwę całej stronie. Szukam. Pasji, zawodu... Najlepiej, żeby było to jedno i to samo! W ciągu tego czasu ocierałam się o zajęcia, które mogłyby zakończyć te poszukiwania happy endem. Nie stało się tak... niestety. Niedługo znów będę musiała znaleźć pracę, co w naszym wspaniałym mieście (i kraju) jest samo w sobie nie lada wyczynem.
Na razie z pasją wykonuję pewną pracę, która jest całym moim życiem. Już prawie 8 miesięcy moja najwspanialsza córka wypełnia mi całe doby radością, miłością i szczęściem (choć czasem też zmęczeniem). Jest najcudowniejszą, wymarzoną istotą, bez której nie wyobrażam już sobie życia. Z powodzeniem pozwoliła mi zapomnieć o ostatniej mało satysfakcjonującej pracy i nie pozwoliła martwić się o poszukiwania kolejnej... Ale że nic nie trwa wiecznie, ten sielankowy urlop macierzyńsko-rodzicielski też niedługo dobiegnie końca. (Dobry Boże, niech będą Ci dzięki, że dane mi było skorzystać z nowej, rocznej wersji tychże "wakacji"!!). Dlatego czas pomyśleć, co by tu w życiu robić dalej...
Co do rodzicielstwa jeszcze... Przeglądając dziś swoje wpisy, trochę ze śmiechem, a trochę z radością przeczytałam ten o feminizmie. Ze śmiechem, bo cały ten tekst jakaś feministka mogłaby łatwo wykorzystać przeciwko mnie. Chociaż nadal wierzę we wszystko, co tam napisałam, widzę dziś, że ktoś mógłby mnie nazwać wspaniałym przykładem typowej kury domowej, stworzonej przez naszą patriarchalną kulturę i na dodatek ślepo zadowolonej z roli, jaką ktoś mi narzucił. No cóż, może i tak jest, ale skoro mi tak dobrze?... Z tego był śmiech. A radość przyniósł fragment o macierzyństwie, zajmowaniu się domem i oczekiwaniu pomocy od faceta. Wtedy napisałam to jakoby w obronie przyjaciółki, której mąż miał raczej w zadku pomaganie przy dziecku... Moja wizja spełniła się jednak w naszym domu, a ja nie musiałam jakoś szczególnie o nią wojować, bo... mam wspaniałego męża i nie zawaham się tego powiedzieć! :)
Pierwszy post jakoś poszedł. Może inne też przyjdą?
środa, 14 marca 2012
Samotność pod merynosem
Obwoźny handel i akwizycję zawsze uważałam za coś nieuczciwego. Jeżdżą tacy, jeden z drugim, po wioskach i wciskają tandetę Bogu ducha winnym i niczego nieświadomym babciom i dziadkom. Materace z wełny merynosów, które wygrzeją ci stare kości tak, że już nigdy nie będziesz mieć reumatyzmu. Cudowne garnki do gotowania na parze sprawią, że problemy żołądkowe znikną, książka o papieżu (jedynym prawdziwym), rekomendowana przez arcybiskupa... Każdy katolik mieć powinien! Wszystko to oryginalne, niepowtarzalne, niezawodne, jedyne w swoim rodzaju - co uzasadnia cenę z kosmosu. A wioskowe babcie i dziadki, nieświadome świata, nieznające prawdziwych cen (bo i skąd, skoro do wioski dojeżdża tylko sklep-samochód), wierzą i kupują, bo przy okazji zabijają trochę nudę... A potem ich synów/córki/wnuczki z miasta szlag trafia, bo "mamusia znowu dała się nabrać"...
Jednak sprzedaż takowych dóbr poprzez organizowane pokazy ciężko nazwać oszustwem. W końcu na taki pokaz konsumenci przychodzą dobrowolnie. Fakt, ktoś ich wcześniej zmanipulował w rozmowie telefonicznej, ale i tak są świadomi, gdzie idą i w jakim celu. Wiedzą, że ktoś im pokaże niesamowite garnki, opowie o niezawodnych maściach, masujących materacach... I słyszeli wcześniej na pewno, że coś się za tym kryje, że nie jest do końca fajnie i kolorowo, bo gratisowy prezent to bubel i nie było cukierków, jak obiecywało zaproszenie. No i że za takowy produkt trzeba słono zapłacić. Ale skoro Hanka spod piętnastki kupiła ostatnio....
Zastanawiałam się więc, dlaczego te tzw. mohery, tak tłumnie pędzą na te spotkania i pokazy? Moja praca (ileż z niej pożytku!) przyszła mi z odpowiedzią. Nasza sala bankietowo-konferencyjna wynajmowana jest na podobne pokazy. Kiedy trafi się taki na moim dyżurze, po dniu w pracy, na każde zadane wieczorem pytanie, odpowiadam: "Pierwsze piętro, drzwi na lewo" - bo takimi słowy witam tych wszystkich licznych starszych ludzi, przychodzących godzinę przed pokazem (!). Po dwudziestym wypowiedzeniu tej formułki i błaganiu, żeby jeszcze nie wchodzili, bo nie ma gdzie czekać, a pokaz dopiero za godzinę, gotuje się we mnie wszystko, ale - jak to mówią - co poradzisz? Toż nie będą dziadki stać na mrozie, więc muszę im pozwolić posiedzieć na kilku ławkach w korytarzu recepcji... Za miękkie mam serce. Ale dzięki temu dowiedziałam się, po co ci ludzie przychodzą na te spotkania, mimo, że potem często czują się nieusatysfakcjonowani, a czasem nawet oszukani. Rozmowa kliku z nich mnie uświadomiła. Jeden z panów, zapewne emeryt, zagadnął do innego: "Ja to wiem, że to głupota, ale człowiek choć z domu wyjdzie..." Dalszej części wypowiedzi nie usłyszałam, bo zadzwonił telefon. Jednak domyślam się, że to łaknienie towarzystwa, dojmująca samotność i poczucie bezużyteczności sprawiają, że te wszystkie biedne "mohery" tak chętnie przychodzą obejrzeć pościel z merynosów. Dzięki temu spotykają innych ludzi, zawierają znajomości, dostają gotowe tematy do rozmów. Kto gdzie był, co oglądał, co kupił, co go zdenerwowało. Kupowanie dziwnych niepotrzebnych produktów też wynika po części z samotności. Przynajmniej będzie można pochwalić się czy poskarżyć sąsiadowi, zadzwonić do firmy z wyrzutami, że nie ma instrukcji czy gwarancji. Każdy powód do aktywności jest dobry. Co, poza tym, robić z odłożonymi pieniędzmi? Wszyscy wiemy, że niektórzy emeryci czy renciści mają sporo zachomikowane... A tu nie trzeba jechać na rynek czy do galerii, gdzie się człowiek nałazi i zgubi, można wygodnie posiedzieć, wszystko ci opowiedzą i przy okazji jesteś wśród podobnych sobie. Płacą więc za towarzystwo, albo nie kupują, tylko psioczą pod nosem, wychodząc: "Ostatni raz się dałem nabrać!...". Wiadomo, że nie ostatni. To takie nowe hobby współczesnych emerytów i rencistów. Młodsze osoby zazwyczaj wychodzą po 5 minutach, wstydząc się zapewne przed sobą, że w ogóle tu przyszli. A starci wracają. Czasem uda im się nawet pojechać za bezcen na wycieczkę i zjeść darmowy obiad. Nie wiedzą, że za całą "imprezę" płaci jedna naiwna babcia, która kupuje komplet garnków za sześć tysięcy, podczas gdy naprawdę wart jest 500 zł (oby!).
Czy możemy oskarżać tych sprzedawców o nieuczciwość? Przecież ci ludzie sami się proszą...
wtorek, 28 lutego 2012
Co ja siedzę?
Szukam, szukam, ciągle próbuję się odnaleźć...
Czasem próbuję też swoich sił w technice Decoupage. Pierwsze prace, jakie tym sposobem wykonałam, to były bombki choinkowe, które podarowałam przyjaciołom i znajomym.
Ciągle coś mi nie wychodzi, często denerwuje, bo jednak nie jestem urodzonym artystą i wszystko muszę wypracować. Jednak dekupaż potrafi sprawić frajdę, kiedy jakiś zamysł przeradza się w realną rzecz. Lubię też niespieszne wykonywanie kolejnych etapów. Ta technika nie lubi pośpiechu, jedną pracę można (czasem nawet trzeba) robić kilka dni. W sam raz coś dla mnie.
A to jedna z moich pierwszych prób dekupażowych pt. "Co ja siedzę?" :) Od jakiegoś czasu ta butelka stara się przyozdabiać parapet mojej przyjaciółki Agi. Tutaj jeszcze na moim parapecie.
Czasem próbuję też swoich sił w technice Decoupage. Pierwsze prace, jakie tym sposobem wykonałam, to były bombki choinkowe, które podarowałam przyjaciołom i znajomym.
Ciągle coś mi nie wychodzi, często denerwuje, bo jednak nie jestem urodzonym artystą i wszystko muszę wypracować. Jednak dekupaż potrafi sprawić frajdę, kiedy jakiś zamysł przeradza się w realną rzecz. Lubię też niespieszne wykonywanie kolejnych etapów. Ta technika nie lubi pośpiechu, jedną pracę można (czasem nawet trzeba) robić kilka dni. W sam raz coś dla mnie.
A to jedna z moich pierwszych prób dekupażowych pt. "Co ja siedzę?" :) Od jakiegoś czasu ta butelka stara się przyozdabiać parapet mojej przyjaciółki Agi. Tutaj jeszcze na moim parapecie.
czwartek, 23 lutego 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)