Chciałabym tu wrócić. Gnana falą blogowych poczynań znajomych pszczół... Skoro one, wśród tylu obowiązków, znajdują czas, żeby pisać, to może ja też dam radę? Przydałoby się po-gimnastykować mózg, przewietrzyć szare komórki i zrobić porządek z językiem, bo ostatnio, owszem, płodzę dużo postów na pewnym forum, lecz ich jakość znacznie odbiega od norm polszczyzny. Treść szczera i prawdziwa, lecz klecona naprędce na "stupid-fonie" z dotykową klawiaturą, przez którą używanie polskich znaków szarga mi nerwy...
Niedługo miną trzy lata od pierwszego posta na tym blogu. A ja mogę znów podpisać się pod ostatnim jego zdaniem, które dało nazwę całej stronie. Szukam. Pasji, zawodu... Najlepiej, żeby było to jedno i to samo! W ciągu tego czasu ocierałam się o zajęcia, które mogłyby zakończyć te poszukiwania happy endem. Nie stało się tak... niestety. Niedługo znów będę musiała znaleźć pracę, co w naszym wspaniałym mieście (i kraju) jest samo w sobie nie lada wyczynem.
Na razie z pasją wykonuję pewną pracę, która jest całym moim życiem. Już prawie 8 miesięcy moja najwspanialsza córka wypełnia mi całe doby radością, miłością i szczęściem (choć czasem też zmęczeniem). Jest najcudowniejszą, wymarzoną istotą, bez której nie wyobrażam już sobie życia. Z powodzeniem pozwoliła mi zapomnieć o ostatniej mało satysfakcjonującej pracy i nie pozwoliła martwić się o poszukiwania kolejnej... Ale że nic nie trwa wiecznie, ten sielankowy urlop macierzyńsko-rodzicielski też niedługo dobiegnie końca. (Dobry Boże, niech będą Ci dzięki, że dane mi było skorzystać z nowej, rocznej wersji tychże "wakacji"!!). Dlatego czas pomyśleć, co by tu w życiu robić dalej...
Co do rodzicielstwa jeszcze... Przeglądając dziś swoje wpisy, trochę ze śmiechem, a trochę z radością przeczytałam ten o feminizmie. Ze śmiechem, bo cały ten tekst jakaś feministka mogłaby łatwo wykorzystać przeciwko mnie. Chociaż nadal wierzę we wszystko, co tam napisałam, widzę dziś, że ktoś mógłby mnie nazwać wspaniałym przykładem typowej kury domowej, stworzonej przez naszą patriarchalną kulturę i na dodatek ślepo zadowolonej z roli, jaką ktoś mi narzucił. No cóż, może i tak jest, ale skoro mi tak dobrze?... Z tego był śmiech. A radość przyniósł fragment o macierzyństwie, zajmowaniu się domem i oczekiwaniu pomocy od faceta. Wtedy napisałam to jakoby w obronie przyjaciółki, której mąż miał raczej w zadku pomaganie przy dziecku... Moja wizja spełniła się jednak w naszym domu, a ja nie musiałam jakoś szczególnie o nią wojować, bo... mam wspaniałego męża i nie zawaham się tego powiedzieć! :)
Pierwszy post jakoś poszedł. Może inne też przyjdą?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz