niedziela, 29 stycznia 2012

Prosta historia

Nie lubię poetyzowania. I to nie dlatego, że tego nie potrafię (bo nie potrafię). Po prostu na dłuższą metę męczy mnie czytanie upoetyzowanych wynurzeń. Po co jakoś specjalnie kodować coś tylko po to, żeby można to było interpretować i zamieniać sobie w głowie na prostą historię?

Droczę się, bo nie do końca jest tak jak wyżej. Dla wrażeń estetycznych przebrnę przez wiele upoetyzowanych zdań (choć fakt, że mnie zmęczą). Zmierzam do tego, że...

...jestem prostą kobietą. Prostą, znaczy lubiącą proste soczyste historie, dobrych wrażliwych ludzi, miłe niezobowiązujące rozmowy, kochane znajome twarze. Proste sytuacje, w których można nazywać rzeczy po imieniu i wyzwać od fiutów kogo trzeba... Lubię, kiedy coś wyraźnie jest czarne lub wyraźnie białe. Chciałabym, żeby wszystko było proste. Żebym miała prawo po prostu kogoś kochać lub zwyczajnie nienawidzić.

Tymczasem wokół roi się od perfidnych fałszywców i dwulicowców. Na dodatek nie można im oznajmić, co się o nich myśli, bo obrażą się wielce, a przecież w głębi duszy zależy nam na nich, Bóg raczy wiedzieć, dlaczego!... Jak to jest, że ma się w rodzinie (np.) kogoś, kogo się kocha mimo to, że właśnie tak perfidnie kłamie? Moja dobroć mnie zgubi!

A teraz coś z zupełnie innej beczki (i tu przydałaby się jakaś animacja w stylu Monty Pythona, której jednakowoż nie posiadam)... Wyczytałam ostatnio w mojej ulubionej gazecie internetowej, której jednocześnie nie lubię za przesadny feminizm, promowanie in vitro i idiotyczne błędny merytoryczne (ustaliliśmy już, że nic nie jest proste...), a mianowicie w "Wysokich Obcasach", że niejaka pani Lana Del Rey będzie muzycznym objawieniem tego roku - tak jak w zeszłym była nim Lady Gaga (która objawiła się już wcześniej, ale dla WO widocznie dopiero wtedy...). Idąc zatem za ciosem, postanowiłam zapoznać się z twórczością tegoż nowego objawienia. Falowane włosy, wydęte usteczka (zrobione - jak się dowiedziałam - celowo), piękna buzia... Lalunia wystylizowana na retro przyciąga wzrok, a kiedy zaczyna śpiewać, szybko zjednuje sobie słuchaczy. Przynajmniej mnie. Nie żebym stała się zaraz jakąś wielką fanką, po prostu ma ładny głęboki głos. A jej teledyski to kwintesencja amerykańskości, będące kolażem obrazów amerykańskiego życia, co nazywa się teraz myśleniem TUMBLR-owym, czyli myśleniem obrazami - jak dowiedziałam się ze wspomnianego artykułu.W którym nota bene istnieje porażający błąd merytoryczny - według autorki bowiem serial "Zakazane imperium" traktuje o narodzinach Hollywood!, podczas gdy nie ma z tym nic wspólnego. (To tak na marginesie, żeby wskazać, za co m.in. nie lubię WO). Wracając do myśli, to właściwie Lana nie odbiega tak bardzo od tytułu mojego posta. Jej piosenki i teledyski to taka właśnie prosta historia. Przystojni faceci w niebieskich jeansach i śliczne dziewczęta, uprawiający seks na maskach samochodów, na skraju miasta, w blasku gwiazd. Czasem w trampkach, niektórzy z bandamkami, chyba tylko po to, żeby przypomnieć mi mityczny dla mnie plakat z dzieciństwa, który wisiał w pokoju moich braci, a na którym długowłosy przystojniak całował ślicznotkę w samych jeansach... (Czemu oni w ogóle mieli taki babski plakat?!)... Sceny jak z teledysków Aerosmith, fragmenty kreskówek, sielskie anielskie życie w Ameryce, a tylko z tekstów przebija czasem jakiś dramat, jakaś chęć umierania z miłości. Pięknie i słodko. A jednocześnie podszyte to wszystko chęcią pokazania, że jakiś zgrzyt czasem następuje, diwy kina upadają i upodlają się... Podszyte to tęsknotą za mityczną Ameryką, Ameryką, którą opisywał Baudrillard. Lana jest nią tak samo zafascynowana jak on. I chyba podobne są powody tej fascynacji.



A gdybym chciała nakręcić teledysk na wskroś przesiąknięty polskością?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz