wtorek, 7 lutego 2012

Błogosławieni cisi!

Stwierdzam to oficjalnie: przyciągam nałogowych "basowiczów" i inne głośne szumowiny. Odkąd zamieszkałam w Białymstoku, nie dane mi było mieć normalnych cichych sąsiadów...

Pierwszy był najgorszy. W akademiku na Krakowskiej. Mówili na niego jakoś tak śmiesznie, chociaż nie wiem, jak miał naprawdę na imię (i nie chcę wiedzieć). Ogólnie sympatyczny głupio-mądry dresik. Tylko jego zajefajny najlepsiejszy najwyższej klasy sprzęt grający i subufery z piekła rodem nie dawały mi uczyć się w dzień, spać w nocy, a czasem nawet zwyczajnie rozmawiać o jakiejkolwiek porze. Przez jego "dancowe" kawałki, które aż tętniły od dudniących nisko basów, nawet szklanki na półce nie miały spokoju. A może uznały, że skoro już drży ściana, to i one sobie potańczą, brzdękając nieśmiało... Moje serce czuło się jak ta ściana - drżało w strachu przez ten nieznośny łomot. Te basy były naprawdę przerażające, jego sprzęt mógłby obsłużyć dużą dyskotekę... Na nic zdawały się prośby, rozmowy, kłótnie. Jak grochem o ścianę! Czasem, kiedy wychodził z pokoju i robił jeszcze głośniej, bo szedł do kolegi, który mieszkał kilka pokojów dalej i również tam chciał słyszeć swoją "rozwaloną muzę", mój chłopak wchodził do jego pokoju (wszak drzwi zostawiał otwarte) i bezceremonialnie ściszał... Słodka była cisza dla mych uszu, chociaż chwilowa. Błogosławiłam godziny, kiedy nie było go w akademiku i nielicznie minuty, kiedy puszczał "Lubię mówić z tobą" Happysad. Czasem nawet "dresy" miewają dziwne - jak na swoje stereotypowe upodobania - fascynacje muzyczne.

Kolejni sąsiedzi, kiedy już wynajmowaliśmy mieszkanie w bloku, lubili się po prostu kłócić. Głośno i rano. Poza tym mieli 3 haskie (na czterdziestu metrach kwadratowych!), które czasem urządzały sobie wyścigi, a że mieszkanie było nad nami, wydawało się, że po suficie biega ładne stadko koni... 

No i wreszcie obecni sąsiedzi. Połączenie "dresa" z akademika i tych z wcześniejszego mieszkania. Kłócą się ("Podetrzesz w końcu ten tyłek, k...!" - matka do nastoletniego syna...!), smarkają jakby odpalali silnik (choć H. twierdzi, że to inny odgłos, ale nie zagłębiajmy się w szczegóły...), no i sąsiad ma chyba ze 2 metry wzrostu i nisko zamontowany sedes, bo jak siknie!... To, że słyszę wszystkie te odgłosy, to zapewne wina cienkich ścian. Jednak puszczanie Eski na cały regulator o każdej porze dnia i nocy słychać byłoby i przez grube. Jak wielkie są moje męki, może się przekonać tylko ten, kto pracował kiedyś na noc. Wracam z pracy, kładę się spać koło 9.00 rano, a już o 10.00-11.00 budzi mnie przeraźliwe dudnienie basów. Bo tuż za ścianą sypialni stoją głośniki sąsiadów... Agrrrhh!... Nie da się spać, nie da się nawet myśleć. Pewnego razu w afekcie wzięłam młotek, zdjęłam obraz ze ściany i stukałam w gwóźdź, żeby dać im coś do zrozumienia. A że spałam tylko godzinę po nieprzespanych wcześniejszych 24 godzinach, to trochę słabo było z trafianiem i ucierpiała też ściana... Z tymi sąsiadami nawet nie ma jako pogadać, bo mieszkają w klatce obok. Przecież nie ubiorę się o 1 w nocy i nie będę dzwonić do nich domofonem... A w dzień teoretycznie mają prawo. Czasem działa stuknięcie młotkiem w ich ścianę od balkonu, po wychyleniu się przez okno naszej sypialni... 

Zastanawia mnie tylko, co oni robią? Nie pracują? Nie uczą się? Na pewno jest to rodzina, chyba 4-osobowa, z psem (najcichszym członkiem rodziny), synowie w wieku nastoletnim. I to wszystko da się wywnioskować tylko ze słyszenia. Od 8.00 do 15.00 powinni być w pracy i szkole! A nawet w tygodniu potrafią kłócić lub słuchać (bardzo) głośnej muzyki w porze przedpołudniowej. I rodzicom to nie przeszkadza. Może to nawet oni są prowodyrami? Wniosek: bezrobotni dresiarze z wagarującymi dziećmi. Patologia.

A dziś na domiar złego obudziły mnie ogłuszające basy dobiegające z mieszkania z drugiej strony, czyli z tej samej klatki... Brak słów.

Niech ktoś mi tylko powie, co przyjemnego jest w tak bardzo głośnym słuchaniu muzyki na co dzień, że aż nie słychać własnych myśli?... Rozumiem to podczas imprezy, ale w dzień, codziennie? Czy to jest kontemplacja? Nasycanie się? Poznawanie tajników współczesnej muzyki? Znam inne na to sposoby.

Może powinnam wysłać im słuchawki?...

2 komentarze:

  1. ano, chyba jesteśmy sąsiadami. obok ciągłe walenie młotkiem, na dole sąsiedzi wychodzący co pół godziny na balkon zapalić. przy czym za każdym razem budzi mnie odsłanianie kotary, ciężkiej... plus do tego całymi dniami jeden kawałek. mam wrażenie, że nikt z tej 4osobowej rodzinki nie pracuje... a piesek z parteru ujada za każdym razem gdy przechodzę... dobrze tylko,że nade mną tylko niebo!

    OdpowiedzUsuń
  2. jak dobrze wiedzieć, że nie jestem sama w swym bólu!... ;-)

    OdpowiedzUsuń